nienawidzę świąt
24 gru 2010 Dodaj komentarz
Kłęby myśli pękają jak bańka mydlana, pozszywane serce jest już czarne, jest jak popiół, jak wypalony węgielek. I stygnie.
Na dworze minus dwadzieścia, słychać tylko skrzypienie śniegu. Świeci tylko niemoralny księżyc. Pusto i biało. Samotnie. Aż sterylnie…
Lekki wpis
25 sty 2010 Dodaj komentarz
Po pierwsze chyba przytyłam. Niedługo waga nie będzie chciała mnie ważyć, te cyferki na niej muszą sie czuć bardzio miażdżone, gdy dokonuję własnych pomiarów. Niedługo to pewnie ogłosi strajk i przestanie przyjmować moje ciało na swe barki. A mówię, że „chyba przytyłam”, bo nie jestem pewna. Nawet się zważyć nie mam czasu. Ciagle biegam. Uczelnia, dom, dom, uczelnia z małymi przerwami na siku i jeść. Ale juz, już niedługo ferie. To znaczy przy optymistycznych założeniach dwutygodniowe ferie, bo jeśli nie, to będę tak biegać uczelnia-dom-dom-uczelnia aż się nie zabiegam i aż nie umrę, i ferii nie będę mieć wcale. Wcale mnie to nie przeraża. WCALE!
Dzisiaj popełniłam przyjemnoś!
17 sty 2010 Dodaj komentarz
To było mistrzostwo świata, jeśli chodzi o ten tydzień! Spałam do, uwaga, słownie, jedenastej! Odespałam te całe, złe pięć dni wstawania przed… właściwie to przed wszystkim i wszystkimi, i biegania wczesnym ranem za pociągami i tramwajami. Mam dość komunikacji miejskiej na najbliższe tysiąc lat!
Cudownie się dzisiaj wyspałam! I nikt, i nic mi w tym nie przeszkodziło, bo miałam wolne! HAHA! Mogli sobie dzwonić, mogli pukać, dobijać się, walić do drzwi. Mnie nie było! To znaczy, udawałam, ze mnie nie było i to z całkiem niezłym rezultatem. Już nie pamiętam, kiedy tak bardzo cieszyłam się na (wy)spanie. Dzisiaj jednak już nie będzie tak fajnie – uczenie się, uczenie, przez duże UCZE. Chociaż o tyle dobrze, że pobudka po ósmej. Tak, tak, to dopsz…
ps. na dziś poproszę jakiś ciekawy sen, najlepiej relaksacyjny i z facetem :)
Zakupów szaau???
04 lip 2009 Dodaj komentarz
in o mnie, o niczym Tagi: królewna, zakupy
Nareszcie pojechałam na te zakupy. Tak, TE, które sobie obiecałam już… hohohoo, nawet nie pamiętam kiedy. To znaczy wtedy to była obietnica nabycia czegoś fajnego i wymarzonego – o spódnicy marzyłam, takiej, wiecie, co to będzie sprawiała wrażenie, że ma na metce napisany rozmiar o rozmiar mniejszy niż ma naprawdę, albo o spodniach, które będą mi o 100% nogi wydłużać.
Ostatecznie skończyło się na zakupie żakietu, o którym nigdy nawet bym nie pomyślała. No, niby też się przyda, w sumie elegancka rzecz, kiedyś trzeba i w takie rzeczy zacząć inwestować (jezu, to już ten wiek???). Ale ostatecznie, po dwugodzinnym łażeniu po Galerii, okazało się, że nikt, ale to NIKT, żadna firma nie wyprodukowała takiego żakietu, jak sobie po drodze wymarzyłam. Hę, kurczę?! Skazana byłam na te wszytskie trzy_czwarte_rękawa, różowe/żółte/pistacjowe i wszystkie inne oczojebne kolory żakiety. Luz.
Wzięłam te, które według mnie były pomalowane na jak najspokojniejszy kolor. No… nie było takich, więc do przymierzalni doczłapałam z czerwonym, zielonym i brązowym żakiecikiem.
Y, kurfa! Dlaczego rozmiar M jest w rozmiarze XS?
Dlaczego rozmiar S wcale nie róni się od L?
I dlaczego, do jasnej ciasnej, nie ma mojego M?
Wyszłam. Najpierw z siebie, potem z przymierzalni.
Mój dobry humor dostał po pysku! Zaliczył zgon i upadek na ryj z wysokości conajmniej wieży kościoła Mariackiego, z tym, że w odwrotnej kolejności. Dobra. Luz. Pójdę do konkurencji.
Poszłam. Tam też mieli tylko jakieś takie turkujaskrawe i oranżawe, a jeden nawet w biało-landrynkowe paski był. I tylko moje rozmiary. Gaszz, może w moim rozmiarze są produkowane tylko stroje dla klaunów? No, ja rozumiem, że „będzie wesoło”, ale bez przesady…
Ostatecznie znalazłam ładny, skromny, czarny żakiet. Już nawet nie pamiętam gdzie, mam mieszankę sklepów w głowie. I koszulkę, taką z zamkiem. Namalowanym zamkiem!
Czekam aż wyjdzie z niego królewna :)
Physics is phun
01 lip 2009 1 komentarz
Nie jestem świrem, nie odczuwam przyjemności z wyprowadzania wzorów, nienawidzę fizyki, nie bawi mnie obliczanie pierwiastków z pierwiastków całek podwójnych. Potrójnych ani zamkniętych też nie. I nie uważam, że to w jakikolwiek sposób komukolwiek mogłoby sprawiać przyjemność. Pomijam matematycznych kretynów.
Obecnie jestem rozeźlona. Mam ochotę komuś przyłożyć. Przywalić, przyfasolić, przypierdzielić, przyjebnąć baseballem, czy nawet poczęstować go jedzeniem mojej roboty, o truciciele! Czuję gniew, senność, łzy, irytację, smutek, tęsknotę, duchotę w powietrzu i wkurw! Mam nienawiść w głowie, mam mord w oczach!!! A-a, a propos:
Przy czym długość pozostałego życia ludzia= √(2d/g)
Ha-ha, tyle umiem. Luz.
Zaprzypominajka
29 cze 2009 5 komentarzy
Tradycyjnie, jak po każdym weekendzie, jestem rozleniwiona i mam wory pod oczami wielkości co najmniej dwóch piłkarskich boisk. Dwóch pod jednym okiem oczywiście. Ponadto wyglądam jakbym skonała, co najmniej dwa razy. No, już trudno – wykuruję się. Kiedyś… Bo to jest w tym najgorsze, że ten tydzień będzie jeszcze BAARDZO długo trwał. Bardzo. Im bliżej jest do końca sesji, tym mniej czasu mam. Logiczne? WCALE!
Ale spoko, bez histerii, trzeba tylko to wszystko ogarnąć. W tym tygodniu muszę:
- podlać kwiatki – tak, kaktusy też, jeśli nawet one zaczynają usychać, znaczy, że jest źle, prawda?
- dorwać kota
- wykąpać kota
- zatamować i zakleić rany po kąpieli kota
- umyć szyby (tak, wymysł mamuśki…)
- wytrzepać dywan
- zrobić porządne, mega-pranie (no, brakuje mi już skarpetek?!)
- odchudzać się*
- obejrzeć „Adwokata Diabła”
- znaleźć zestaw zadań na egzamin
- przeczytać zadania na egzamin
- spróbować zrozumieć zadania na egzamin
- po prostu wykuć na pamięć zadania na egzamin
- jeśli mój mózg odmówi współpracy, załamać się
- spać
- oddychać
- sprawdzić, czy czarne spodnie są i są czyste
- wyprać czarne spodnie
- zafizykować sobie znów mózg
- odpisać na zaległe listy, wiadomości, maile, brr!
- pójść do banku
- zapłacić mandat
- uśmiechnąć się i…
- …nawymyślać na siebie po cichu
- zafizykować się na śmierć (bądź też na trzecie boisko pod okiem)
- sprawdzić, o której mam pociąg
- kupić bilety
- wyspać się
- nie zaspać
- wstać
- zjeść śniadanie
- nie przesadzić z kawą
- znaleźć rano czarne spodnie
- znaleźć buty
- znaleźć białą bluzkę
- nie spóźnić się na pociąg
- myśleć pozytywnie
- myśleć pozytywnie
- myśleć pozytywnie
- zdać
- ucieszyć się
- zadzwonić do Wu, że zdałam
- odprężyć się, wreszcie, mhmm!
- iść do fryzjera, kosmetyczki, solarium (o taak!), masażysty
- kupić sobie super-seksowną bieliznę… i…
- …i w ramach nagrodzenia samej siebie, znaleźć Wu (tak, gdziekolwiek wtedy będziesz, Kochany!) i być baaardzo niegrzecznym kociakiem. Mrrr!
* dotyczy tak zwanego międzyczasu
PS: Patrzcie, nasi tu są!
Entliczek-pentliczek
26 cze 2009 6 komentarzy
in o mnie, z nimi Tagi: czary-mary, KURDE!
Poddaję się. Wszystko jest źle i na odwrót. Na uczelni źle, poza uczelnią tak sobie – ostatnio nawet dostałam sto dwadzieścia, ponad, złotych mandatu za brak biletu. Sto dwadzieścia, kurde! Toć to conajmniej trzydzieści jogoprzysmaków kejefsijowskich jest. Rozpacz, no, czarna rozpacz. Dlatego teraz leżę i macham nogami, dla rozrywki. I nie mam zamiaru się stąd ruszyć. Ani teraz, ani nigdy. NIGDY! Tak zostanę i tak będę leżeć. I może nawet sobie ponucę pod nosem? Ostatnio wszystko jest odwrotnie:
- Mam względny porządek w pokoju. Ciągle!
- Mam czas na wszystko i zero chęci na cokolwiek (wcześniej było odwrotnie – miałam chęci, ale nie było czasu. Złośliwość)
- Ścielę rano łóżko. Matko…
- Przy rzucaniu się na pościel zwracam uwagę na to, czy nie mam na sobie… błota?
- Zaczynam pojmować, co to jest makijaż.
I nawet lista przyjaciół mi się zweryfikowała. Okazuje się, że ci co obiecywali przyjaźń do końca, przyjaźnią się ze mną okazjonalnie, a ci, po których najmniej bym się tego spodziewała są i mogę na nich liczyć. Ostatnio wszytsko się dzieje na odwrót. Kto wie, co się jeszcze stanie. Moze nawet schudnę…
I nic się nie dzieje…
23 cze 2009 4 komentarzy
in o mnie Tagi: GRR!, kawa, nic
I co?I jajco! Za oknem leje przeokrutnie, wszędzie szaro i mokro. I zimno. Chyba coś się spieprzyło z ogrzewaniem, bo nawet porządny babciny sweter nie pomaga. Ale to przecież nic nie szkodzi, przecież jest tak, kurfa, gorąco, że to dobrze, że takie minusowe temparatury do mnie docierają, bo przecież inaczej bym się przegrzała. GRR! No, a zaraz biegnę do kuchni, zrobić sobie jakąś ciepłą, ba!, gorącą herbatę. I to dosłownie biegnę, bo biorąc pod uwagę te wszytskie historie o zamarzaniu to kto wie, co się może zdarzyć.
Dzisiaj zaczęłam dzień od kawy – jak zwykle ostatnio, zresztą – najchętniej kontynuowałabym taki sielankowy tryb wtorku i najchętniej w fotelu, przed telewizorem, przed MTV, przy gorącym kakao (tak!).
Sekunda… Nie! Nie mogę, na jutro mam przecież przejrzeć sto tysięcy wykładów, sesja, a co! I kto mi teraz powie, ze bycie studentem to takie, ot, hop-siup? No? No?! Ech. Idę poszukać już tej herbaty (a jak znajdę mleko, będzie kakao, ha!), przy okazji poszukam zeszytu.
Potrzebuję zastrzyku energii, niekoniecznie pozytywnej, jakiejkolwiek. Potrzebuję wróżki, bioenergoterapeuty, egzorcysty, baloniarza, myśliwego… niech mnie ktoś napompuje, czymkolwiek, może być nawet helem, niech mnie ktoś wypcha trocinami, sianem. Flaczeję, padam, zdycham, anemiczeję.
Dlaczego poranna kawa przestała działać? Nikt z niej nie odcedzał kofeiny.
Potrzebuję kopa. Mocnego, silnego, żebym się ruszyła. TERAZ ZARAZ!
Rude lova Żufa
22 cze 2009 1 komentarz
in z nim Tagi: Kocham Cię, KURDE!, Wu
No, to się egzaminy wylały. Na dodatek coś czuję, że łatwo wcale, ale to wcale nie będzie. No, w końcu kto mówił, że będzie łatwo? Przetrwam, przeżyję. Luz, W końcu jeden – dzisiejszy, już przeżyłam. O mój boże, co to było, co to było, rzeź i zbrodniarstwo!
Oczywiście towarzyszył mi pan Wu, który jak na złość mnie pocieszał i przytrzymywał opadający uśmiech. Smajl! No, smajl, kurde! Ach, taki kochany on jest… A zaraz po wyjściu z pociągu stwierdziłam następujące rzeczy:
- muszę siku
- mam za ciasne buty. I za wysokie, aaa!
- pociąg z powrotem stoi na sąsiednim torze. Uciekać!
A-a-a! No właśnie, już chciałam uciekać. Ale nie! MUSIAŁAM tam pójść, bo przecież trzeba zachowac pozory odwagi przed Wu. Szłam więc tak, trzymając go za rękę, zastanawiając się, czy bardziej naturalne byłoby złamanie nogi, ups, kto wymyslił te cholerne obcasy!?, czy zgubienie się w tłumie. Nic nie wyszło. Nic. Ani łamanie nóg, ani oddzielenie się od Wu, ani egzamin.
Wyjdę. Wyjdę i go przeproszę, „nie zaliczyłam, wcale nie jestem głupia, wcale nie jestem głupia, to po prostu on jest mądrzejszy… GRR! Muszę, musze, musze go na samym początku uściskać, wtedy zmięknie”. Jezu, kobiety jednak są podstępne, nie? Albo nie! „Kochanie, poszło mi świetnie, ale na salę wpadł narkoman i ukradł moją pracę!” Dramatyzm w dramatyzmie.

Teraz musi być dobrze!
Ostatnio komentowali: