Nareszcie pojechałam na te zakupy. Tak, TE, które sobie obiecałam już… hohohoo, nawet nie pamiętam kiedy. To znaczy wtedy to była obietnica nabycia czegoś fajnego i wymarzonego – o spódnicy marzyłam, takiej, wiecie, co to będzie sprawiała wrażenie, że ma na metce napisany rozmiar o rozmiar mniejszy niż ma naprawdę, albo o spodniach, które będą mi o 100% nogi wydłużać.
Ostatecznie skończyło się na zakupie żakietu, o którym nigdy nawet bym nie pomyślała. No, niby też się przyda, w sumie elegancka rzecz, kiedyś trzeba i w takie rzeczy zacząć inwestować (jezu, to już ten wiek???). Ale ostatecznie, po dwugodzinnym łażeniu po Galerii, okazało się, że nikt, ale to NIKT, żadna firma nie wyprodukowała takiego żakietu, jak sobie po drodze wymarzyłam. Hę, kurczę?! Skazana byłam na te wszytskie trzy_czwarte_rękawa, różowe/żółte/pistacjowe i wszystkie inne oczojebne kolory żakiety. Luz.
Wzięłam te, które według mnie były pomalowane na jak najspokojniejszy kolor. No… nie było takich, więc do przymierzalni doczłapałam z czerwonym, zielonym i brązowym żakiecikiem.
Y, kurfa! Dlaczego rozmiar M jest w rozmiarze XS?
Dlaczego rozmiar S wcale nie róni się od L?
I dlaczego, do jasnej ciasnej, nie ma mojego M?
Wyszłam. Najpierw z siebie, potem z przymierzalni.
Mój dobry humor dostał po pysku! Zaliczył zgon i upadek na ryj z wysokości conajmniej wieży kościoła Mariackiego, z tym, że w odwrotnej kolejności. Dobra. Luz. Pójdę do konkurencji.
Poszłam. Tam też mieli tylko jakieś takie turkujaskrawe i oranżawe, a jeden nawet w biało-landrynkowe paski był. I tylko moje rozmiary. Gaszz, może w moim rozmiarze są produkowane tylko stroje dla klaunów? No, ja rozumiem, że “będzie wesoło”, ale bez przesady…
Ostatecznie znalazłam ładny, skromny, czarny żakiet. Już nawet nie pamiętam gdzie, mam mieszankę sklepów w głowie. I koszulkę, taką z zamkiem. Namalowanym zamkiem!
Czekam aż wyjdzie z niego królewna :)
Przy czym długość pozostałego życia ludzia= √(2d/g)